O autorze
To będzie blog o tym, dlaczego moda jest fascynująca. Czyli o ludziach kreatywnych i o podejrzanych typach, o dużych pieniądzach, które się na modzie zarabia i traci, blog o modzie jako części kultury i to wcale nie pop. Będzie lokalnie i globalnie, bo o modzie inaczej pisać się nie da. Będziesz też krytycznie, bo tak się w Polsce jeszcze nie pisze. Zastrzegam też sobie prawo do dygresji, bo jako profesjonalny dyletant interesuję się wszystkim po trochu. A to zanczy, że jak coś poza lub obok mody mnie zafascynuje, to też o tym napiszę

Słomiany sukces polskiej mody

Gdyby nie niedzielna telewizja, przegapiłbym, że podbiliśmy Moskwę. Wystarczyło, że wysłaliśmy tam kamerę i Pershinga pret-a-porter.

W roli Pershinga jak zwykle obsadziła się i wystrzeliła w świat najgłośniejsza polska projektantka, której nazwiska nie wymienię, bo wiem, czym to się może skończyć. Czasami nieprzyjemnymi telefonami, do autora i jego przełożonych, czasami przeczołganiem po sądach. Podboju Moskwy Pershing dokonała w ten sam sposób, w jaki wcześniej zawojowała Paryż, Rzym i Nowy Jork – pokazała, co zaprojektowała. W trosce o jedyną słuszną interpretację tego, co można było zobaczyć, kilka fotogenicznych miejsc w pierwszym rzędzie obsadziła ściągniętymi specjalnie na tę okazję polskimi dziennikarzami. Gdy Pershing pokazywała swoją kolekcję w Paryżu, że to sukces wytłumaczyły nam okrągłymi zdaniami dziennikarki prowadzące kolumny towarzyskie w popularnych dwutygodnikach. W Moskwie projektantka sama pochwaliła się przed kamerą, że robi „pret-a-porter de luxe”, pret-a-porter trochę tańsze i trzecie, nie pamiętam jakie, ale czy to ważne, wszystkie są równie wspaniałe. Poza ubraniami projektuje też „meble twarde, meble miękkie, kafle szklane”, mieszkania, firany, farby…. Ilość jest z reguły wrogiem jakości, ale pewnie nie w tym przypadku. Następnym projektem naszej najgłośniejszej projektantki powinny być dywany – latające, samotrzepiące się i rolujące.
Podziwiam Pershinga za siłę przebicia, producentów TV okręciła sobie wokół palca. I za tupet. Nikt inny nie miałby chyba odwagi, żeby przed kamerami powiedzieć „pret-a-porter de luxe”, a wcześniej pochwalić się zamówieniami z butików działających „w sieci hoteli Ritz” i poskarżyć, że projektantka wszędzie jest bardzo dostrzegana i doceniana , tylko w tej podłej Polsce zdarza się, że ktoś piśnie złe słowo. Poza kamerami Pershing rozkręca się jeszcze bardziej, co chwilę dociera do mnie zapowiedź sesji w amerykańskim Vogue z co najmniej dwiema jej sukienkami. Dlaczego ta sesja się jeszcze nie ukazała, naprawdę nie potrafię pojąć.
W promowaniu siebie Pershing doszła do poziomu światowego i za to należą jej się brawa. Kurtuazyjne, proszę nie wstawać. Bo za spustoszenie, jakie robi w miejscu wystrzelenia, należy jej się czapa. Futrzana, z jesiennej kolekcji Pershinga. To właśnie pod wpływem naszej najgłośniejszej projektantki nasi skromniejsi projektanci uwierzyli, że sukcesu trzeba szukać za granicą ( to jeszcze nie jest ani głupie ani też skandaliczne) i że ten sukces polega na tym, że się robi tam pokaz – o, to to już jest naprawdę zbrodnia. Ponad połowa kolekcji z wybiegów w Paryżu, Mediolanie czy Nowym Jorku to straszne stylistyczne gnioty, nierzadko gorsze od projektów Pershinga. A trzeba przyznać, że od debiutu nasza najgłośniejsza projektantka i tak zrobiła duży postęp. Kiedyś jej ubrania były niezwykle brzydkie, teraz są już tylko po prostu słabe. Jak tak dalej pójdzie, za kilka lat przestaną tak silnie działać na nasze emocje. Zanim jednak do tego dojdzie, Pershing kompletnie rozwali polski rynek mody. W minionym miesiącu dostałem aż trzy oficjalne komunikaty o tym, że nasi projektanci odnieśli sukces, bo pokazali się we Lwowie, Charkowie i Kłajpedzie.... Czy po pokazie ktoś coś od nich kupił, o tym w komunikacie cicho sza, a to właśnie jest jedyny klucz do sukcesu. Jeżeli projekty Pershinga naprawdę sprzedają się, tam gdzie się pokazują, proszę się tym koniecznie pochwalić, podać konkrety: gdzie, ile, za ile. Jeżeli nie, proszę dopieścić szklane kafle i wszystkie trzy kolekcje pret-a-porter. Może kiedyś, jeszcze za mojego życia, coś z tego będzie.
Trwa ładowanie komentarzy...