Seksmaszyna do pisania

Autor zanim zrobił się sławny
Żeby zrobić zawrotną karierę w showbiznesie czasami wystarczy być bardzo dyskretnym. Ale żeby dyskrecja oprócz popularności przyniosła też pieniądze, należy w porę przerwać milczenie i napisać książkę. Scotty Bowers tak właśnie zrobił. Teraz, czyli chyba trochę za późno.

Przez 60 lat ukrywał prawdziwy powód, dla którego pół Hollywood padało przed nim na kolana. (Nie, to wcale nie jest metafora). Oficjalnie od zakończenia wojny Scotty Bowers pracował na stacji benzynowej w Los Angeles, potem był barmanem, sympatycznym przeciętniakiem, którego biografia nie powinna być bestsellerem. Ale być może będzie, bo Bowers po godzinach to wszechstronna i wyjątkowa wydajna seksmaszyna, z której korzystali laureaci Oscara we wszystkich kategoriach, od reżyserów po pierwszoplanowych aktorów i aktorki. O związkach z nimi, nieco na wyrost nazywanych przyjaźnią, Scotty napisał właśnie książkę Full Service.
Bowers świadczył swoje usługi naprawdę wielkim gwiazdom. Cary Grant lubił popatrzeć i poprzytulać się, Spencer Tracy szedł na całość, ale na w pół świadomie, bo strasznie pił, Vivien Leigh lubiła głośny seks, tylko że po strasznie się tego wstydziła, natomiast Montgomery Clift był irytującym malkontentem, nawet w o wiele piękniejszych od siebie mężczyznach widział same wady. Książę Edward i Wallis Simpson zasłużyli sobie na oddzielny rozdział, bo ich romans stulecia to wielka ściema, zasłona dymna dla prawdziwych upodobań księcia i „miłości jego życia”. O każdym kochanku Bowers opowiada jednak drażniąco podobne do siebie historie: dwie godziny dobrego seksu, regularnie lub raz na jakiś czas, solo lub w asyście młodych, pięknych ludzi, którzy byli równie bezpruderyjni co bezrobotni, w ten sposób zarabiali na życie. Scotty pełnił w Hollywood funkcję pośrednią między alfonsem a Armią Zbawienia. Jeżeli sam nie dawał rady lub nie spełniał oczekiwań, sławnych ludzi o zdrowym libido kojarzył z anonimowymi, którzy zaspokajali ich potrzeby. Robili to dyskretnie, nierzadko sprawiało im to przyjemność. Scotty poza satysfakcją nie miał z tego nic, nie zarabiał ani centa. Zbyt często na 280 stronach powtarza słuszną swoją drogą teorię, że seks to ludzka rzecz, czysta przyjemność, której nie należy sobie odmawiać. O seksie mówi jednak zbyt technicznie, schematycznie, próbuje być precyzyjny tam, gdzie jest to raczej nieistotne: odmierza czas od gry wstępnej do orgazmu, mierzy i waży instrumenty rozkoszy, do opisania namiętności brakuje mu warsztatu. Intymne życie gwiazd Hollywood w jego wydaniu ma te same walory literackie co rocznik statystyczny.
Znacznie lepiej Scotty radzi sobie ze szkicowaniem scenografii. Jego libido buszuje po apartamentach luksusowych hoteli, rozsiada się przy stole w salonie rezydencji z basenami, ogrodami, 44 sypialniami i 22 łazienkami. Aktywność pozazawodowa autora książki przypada na złote lata Hollywood, gdy gwiazdy jeździły kabrioletami, ubierały się jak gwiazdy i trzymały świat na dystans. W naszych czasach, gdy celebryci kręcą pornosy z sobą w głównych rolach i zaraz puszczają w Internecie, to wszystko wydaje się bardzo egzotyczne, uroczo oldschoolowe. Ale pomimo autentycznych sław w rolach głównych bohaterów i pomocy w pisaniu Lionela Friedberga, nagrodzonego Emmy producenta i reżysera, spowiedź seksmaszyny czyta się bez przesadnej przyjemności. Jest przydługa, nudnawa, niby o ludzkich namiętnościach ale jakoś bez ludzi. Bowers zbyt długo był dyskretny, ze wspomnieniami o swojej aktywności seksualnej wstrzymał się do czasu, aż wszyscy jego sławni kochankowie poumierali. Jest już trochę za późno, żeby takimi wspomnieniami wywołać skandal i zarobić na nich fortunę. Chyba, że jakiś zdolny pisarz przerobi je na scenariusz.
Trwa ładowanie komentarzy...