Skąd my się znamy?

W modzie kadry zmieniają się równie szybko jak trendy. W tym sezonie wracają mocne nazwiska a wraz z nimi doświadczenie.

Zakończone wczoraj pokazy w Mediolanie straciły sporo na atrakcyjności, gdy w piątek nieoficjalnie, ale już w poniedziałek na 100 procent, potwierdzono powrót do gry Jil Sander. 68-letnia Niemka po raz trzeci spróbuje projektować pod własnym nazwiskiem dla marki, która już od 13 lat do niej nie należy.
Poprzednie podejścia szybko kończyły się głośnym rozstaniem. Sander po raz pierwszy odeszła z pracy w Jil Sander w 2000 roku, chwilę po tym, jak kontrolę nad jej firmą przejęła Prada. Ewidentnie nie dogadywała się z prezesem Patrizio Bertellim, mężem Miucci Prady, który podobno nawet własną żonę traktuje podle, dla pozostałych poddwładnych jest po prostu chamski.



W 2003 roku Sander postanowiła dać mu jeszcze jedną szansę, ale po 18 miesiącach znów podziękowała za współpracę. Ostatnie dwa lata spędziła wyciągając na wyższy poziom wyrafinowania japońską markę dla mas Uniqlo. -Specjalną linię ubrań sygnowałam tylko inicjałem, do pełnego imienia i nazwiska nie miała już prawa- mówi. Jil Sander bez Jil Sander radziła sobie świetnie, bo projektował dla niej wybitnie zdolny Belg Raf Simons.
Nie tylko tchnął w markę nowe życie, pchnął ją na nowy tor.

Simons, który wcześniej projektował tylko dla mężczyzn, od debiutu przebijał konkurencję kreatywnością. Jego pożegnalna kolekcja, pokazana w sobotę w Mediolanie, była jedną z najlepszych w XXI wieku. Krój, kolory (kompletnie niejesienne pastele), sposób, w jaki to co na górze płynnie przechodzi w to, co na dole, to wszystko wydaje się niezwykle nowoczesne i piękne, bo takie właśnie jest. Simons może być spokojny o własną przyszłość. Nawet jeżeli Dior wbrew plotkom nie da mu posady głównego projektanta, na pewno zaopiekuje się nim ktoś rozsądny, autentycznie zainteresowany robieniem dobrej mody.

Sander nie wraca sama. Także wczoraj wymieniono głównego projektanta u Yves Saint Laurenta. 43-letniego Stefano Pilatiego zastąpił jego rówieśnik, Hedi Slimane, nieco mniej charyzmatyczny od Sander za to chyba jeszcze bardziej chimeryczny. Slimane też już kiedyś pracował dla Yves Saint Laurent, tylko że wtedy robił wyłącznie męską kolekcję. Był w tym bardzo dobry, więc gdy zdezerterował, natychmiast dostał taką samą posadę u Diora. Wytrzymał do 2007 roku, nasłuchał się ochów i achów na temat swego talent i wrażliwości, swoimi projektami zmobilizował Lagerfelda do odchudzania aż nagle zachciało mu się zostać artystą.
Robił zdjęcia, czasem modelkom, czasem zasłonkom w oknach hotelowych pokoi, ze dwie jego dziwne instalacje pokazano w całkiem prestiżowych galeriach sztuki, ale powiedzieć, że odniósł sukces, to byłaby przesada. U Yves Saint Laurenta ma szansę udowodnić, że umie ubierać nie tylko mężczyzn o chłopięcych sylwetkach ale także kobiety.

Jeżeli projektant nie wywoła skandalu, żegna się go w białych rękawiczkach, w ukłonach, na do widzenia wręcza laurkę. O Simonsie wszyscy szczerze i głośno mówią, że jest wielki, o Pilatim ostrożnie, że miał więcej sukcesów niż wpadek. Sam projektant jest zbyt skromny, by zauważyć, że chyba nie przez przypadek zyski Yves Saint Laurent wzrosły w minionym roku o połowę.
Kilka bardzo prestiżowych domów mody pokazało w Mediolanie strasznie smutne, wymęczone kolekcje na jesień. Jeżeli kieruje nimi ktoś z ambicjami i apetytem na duże pieniądze, Pilati nie zostanie długo bez pracy.

Dlaczego bardzo dobrzy projektanci z dużym stażem zastępują co najmniej tak samo zdolnych akurat teraz? Sander i Slimane mają na swoim koncie spore sukcesy i artystyczne i komercyjne, wiedzą jak robić modę, która spodoba się i sprzeda. Także w kryzysie, który wszyscy chcą jakoś przeżyć, a najambitniejsi chcą na nim zarobić.
Trwa ładowanie komentarzy...