O autorze
To będzie blog o tym, dlaczego moda jest fascynująca. Czyli o ludziach kreatywnych i o podejrzanych typach, o dużych pieniądzach, które się na modzie zarabia i traci, blog o modzie jako części kultury i to wcale nie pop. Będzie lokalnie i globalnie, bo o modzie inaczej pisać się nie da. Będziesz też krytycznie, bo tak się w Polsce jeszcze nie pisze. Zastrzegam też sobie prawo do dygresji, bo jako profesjonalny dyletant interesuję się wszystkim po trochu. A to zanczy, że jak coś poza lub obok mody mnie zafascynuje, to też o tym napiszę

Wielkie i małe T

Kiss the frog shwrm.pl
Zrobić T-shirt to nie to samo co go zaprojektować.

Jest bawełniany, burostalowy, przechodzony, potargany, poplamiony, a pod szyją wyciachany nożyczkami, raczej deliryczną ręką. Oto portret pamięciowy najpopularniejszego T-shirtu zrobionego i sprzedawanego teraz w Polsce. Wygląda tanio, kosztuje wręcz przeciwnie – 350 złotych. Na tyle mniej więcej wycenia swoje projekty Alexander Wang, który koszulce i jej bliskim krewnym dedykował całą swoją drugą linię T. Rick Owens, Balmain czy Attachment za swoje T-shirty życzą sobie nawet dwa razy więcej. Czy polski przebój ma prawo ustawiać się z nimi w tym samym szeregu i jak bardzo odbiega od lokalnej konkurencji? Odpowiedź wcale nie jest taka łatwa i oczywista, jakbym sobie tego życzył.
W shwrm.pl, całkiem nowym a już największym internetowym multibrandzie z ubraniami polskich projektantów, T-shirtów są setki. Z długimi i z krótkimi rękawami, z mniej lub bardziej zabawnymi napisami i nadrukami. Jeżeli chodzi o jakość i krój niewiele się od siebie różnią. Powiedzieć o nich, że zostały zaprojektowane, to zbyt duży komplement. Zwłaszcza, że sąsiadują z bardziej ambitnymi egzemplarzami, również made in Poland. Gdybym był kobietą, bez wyrzutów sumienia wydałbym wszystkie oszczędności na T-shirty Kiss the frog. Markę założyły dwie dziewczyny, które przez 20 lat tylko się przyjaźniły, dopiero od roku robią razem rewelacyjne tuniki, sukienki, szorty i właśnie T-shirty. Z cieniutkiej jak moskitiera wiskozy i bawełny, oversize, z ciekawymi dekoltami. To są takie rzeczy, które same się proszą, żeby trochę z nimi pokombinować: założyć jeden na drugi, przód przekrzywić, górę zsunąć z ramion itp. Większość pomysłów Kiss the frog łatwo da się zaadaptować dla mężczyzn. Jeżeli Monika i Natasza wkrótce tego nie zrobią, będę bardzo rozczarowany.
Z pisaniem dobrze o marce risk.made in Warsaw muszę nieco przyhamować, bo zaraz zrobi się to podejrzane. Projektantki, Antosię i Klarę, znam bardzo dobrze od dawna, zanim zaczęły razem działać. Nie jest to jednak powód, dla którego noszę ich popielate reglany – gładki i ten z żółtą gwiazdą Dawida na karku, którą zaprojektowała Monika Błędowska. Noszę je dlatego, że dziewczyny z riska bardzo się postarały, by w ich koszulkach dobrze wyglądać i dobrze się czuć, wydając prawie 180 złotych za sztukę- jakość bawełny, staranne wykończenia, no i rękawy jakie powinien mieć każdy reglan, ale mają tylko najlpesze.
Chociaż UEG specjalizuje się w tyveku (podobnym do papieru materiale, który miał swoje 5 minut sławy w latach 80. a teraz wraca do obiegu w wielkim stylu ) na shwrm.pl sprzedaje też T-shirt z dwóch warstw włoskiej wiskozy. Zewnętrzną warstwę z długimi rękawami można nosić po bożemu albo podciągnąć, owinąć wokół szyi jak szal lub zamotać na głowie jak kaptur.
Na zorganizowanych w miniony weekend w Warszawie targach Need 4 Street Wearso.organic postawiono pod ścianą, czyli w niezbyt atrakcyjnym miejscu. Następnym razem Wearso powinno być w samym centrum, bo to efektowna, a momentami też ekscentryczna moda ekologiczna. Firmowy T-shirt z organicznej bawełny ma aż cztery długie rękawy. W dwa wkłada się ręce, z pozostałymi robi to, co podpowiada wyobraźnia.
Tylko T-shirty wystarczyły, by łódzka marka Pan tu nie stał, weteran w branży, stała się – nie lubię tego słowa, ale trudno - kultową. Wprawdzie ich koszulki to pod względem kroju klasyki, ale PRL-owska grafika, kolorystyka i przede wszystkim hasła wypisane na bawełnie świadczą o wybitnym poczuciu humoru i konsekwentnie realizowanym pomyśle. Przy okazji, film, który można obejrzeć na pantuniestal.com, robi lepszą reklamę Łodzi niż wszystkie imprezy i akcje promocyjne pożerające kosmiczne budżety.
Pora wrócić do Warszawy, do T-shirtu, który był punktem wyjścia tego tekstu, zdobył rozgłos, popularność, ale wciąż wzbudza sporo kontrowersji. Wszyscy, którzy go kupili, własnymi portfelami oddali głos na projektanta. Ci, którzy mówili, że ten T-shirt to skandal i czegoś takiego nigdy w życiu nie założą, w większości zmienili zdanie, gdy przebój dostali w prezencie od internetowego butiku mostrami.pl (w ten sposób mniej więcej miesiąc temu sklep dał znać, że zaczyna działać). Niereformowalni, prezenty na nich nijak nie działają, nadal przekonują, że przy pomocy pralki, nożyczek i kilku farbek z dowolnej koszulki kupionej w supermarkecie zrobią taką samą jak ta za 350 złotych. To prawda, że sfatygowanie kawałka bawełny nie wymaga ani specjalnego wysiłku ani talentu, w Polsce i wszędzie na świecie. Ale żeby ten pomysł zrealizować trzeba najpierw na niego wpaść. Na tym także polega różnica między projektowaniem a robieniem, nie tylko T-shirtu.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Moda
Trwa ładowanie komentarzy...