Modą rządzą mężczyźni

Jeżeli pokazy beztrosko porównamy do pojedynku projektantów, to, co dzieje się za ich kulisami, na szczeblu prezesów koncernów LVMH i PPR, trzeba konsekwetnie nazwać wojną. Głównym orężem są tam oczywiście pieniądze, głównym celem – zmonopolizowanie światowego luksusu.

Ta wojna trwa od dawna, a wywołali ją mężczyźni. Bernard Arnault, szef LVMH oraz François-Henri Pinault, szef PPR. Obaj stosują tę samą strategię – przejmują domy mody, dochodowe i te chwilowo dołujące, ale z nadzieją na lepszą przyszłość. Na początku pompują w nie grube miliony dolarów, zatrudniają projektantow z talentem i najchętniej ze znanymi już nazwiskami, robią wielkie halo na całym świecie, a potem niecierpliwie czekają na zyski. Jak już się raz zacznie kupować prestiżowe marki i na nich zarabiać, nie można przestać. Pod koniec ubiegłego roku LVMH, do którego należy już m.in. Louis Vuitton, Givenchy, Kenzo, Marc Jacobs i perfumerie Sephora, powiększył arsenał swoich marek o Bulgari, grubą rybę wśród jubilerów i Berluti, elitarnego szewca z globalnym potencjałem. Konkurencyjny koncern PPR, którego dumą są domy mody Bottega Veneta, Gucci, Balenciaga i Yves Saint Laurent, też nie tracił czasu. Do swego portfolio dorzucił specjalistę od szycia garniturów, włoską markę Brioni. Na zakupy panowie wydali odpowiednio 3,7 miliarda euro (Bulgari) i 350 milionów euro (Brioni). Wysokość rachunku za Berlutiego jest ściśle tajna.

Z opublikowanych danych o stanie finansów LVMH i PPR wynika, że inwestycje były rozsądne, bardzo opłacalne i rozbudziły apetyt na więcej. Arnault staje na głowie, żeby dobrać się do ultraluksusowego francuskiego Hermèsa, Pinault zapowiada, że w ciągu dekady zwiększy rozmiar i dochody swoje firmy trzy razy. Pomimo kryzysu, a w zasadzie to właśnie dzięki niemu. Bo kryzys uderza po kieszeni średnią klasę, najbogatsi cierpią umiarkowanie. Niezależne domy mody mogą jednak nie dać sobie rady w starciu z gigantami – żeby przetrwać, pozwolą się im wchłonąć. No i, jak mówią specjaliści od analizowania rynku, drugą falę kryzysu najbardziej odczuje Europa, natomiast Azja i Ameryka Południowa będą się dalej spokojnie bogacić. Wszystkie farncuskie i włoskie domy mody, które pod koniec ubiegłego roku pochwaliły się zaskakującymi zyskami, przyznają, że na ich sukces zrzucili się głównie Chińczycy, Brazylijczycy, Rosjanie i Hindusi. I to właśnie oni są winni temu, że słaba pozycja kobiet w modzie jeszcze bardziej słabnie. Kobiety nigdy nie miały szczęścia, by posiedzieć w fotelu prezesa korporacji, w środowisku projektantów też należą do mniejszości, ale przynajmniej były najliczniejszymi klientkami. Jednak odkąd szastać pieniędzmi zaczęli Chińczycy i lastynoscy macho, męski sektor handlu luksusem przeżywa rozkwit, z roku na rok rośnie o 14 procent. W tej chwili zapewniają już 40 procent zysków lusksusowych marek, do końca tej dekady mężczyźni powinni dobić do 50 procent.
Trwa ładowanie komentarzy...