Cena poświęcenia

Pojedynek pierwszych dam to z reguły najatrakcyjniejsza część kampanii prezydenckiej. We Francji jest wyjątkowo wyrafinowany, bo równie ważne jak to, kto stając na rzęsach i tak przegra, jest pytanie, która z potencjalnych pań prezydentowych więcej poświęci. Dla męża czyli dla państwa.

Czasy mamy trudne, kryzysowe, niedobrze jest mieć w życiu za dobrze. Chyba po raz pierwszy w historii republiki wyborcy wyraźnie dali do zrozumienia, że od najważniejszych osób we Francji oczekują, że spuszczą z tonu. Pokażą po sobie, że wczuwają się w trudne położenie obywateli, którzy mają mniej od nich szczęścia. Dlatego pani Sarkozy na kilka tygodni przed wielkim finałem wyskoczyła z kosztownych kreacji Diora, zaczęła ubierać się skromnie – luźne swetry, szare legginsy, baletki bliżej nieznanej marki. Ładnie gra rolę matki na urlopie macierzyńskim, prawie wykasowała z życiorysu wątek topmodelki, piosenkarki i status dziedziczki sporej fortuny. Ale to i tak nic przy numerze, jaki wykręciła Valerie Trierweiler, nota bene nie do końca na własne życzenie. Dla poprawienia notowań swojego życiowego partnera, socjalisty Francois Hollande, pozwoliła się zdegradować. Przed kampanią była jedną z najważniejszych redaktorek prestiżowego tygodnika Paris Match, który na jej nieszczęście pisze także o polityce. W trakcie została bohaterką z okładki tego samego tygodnika, a chwilę potem jego recenzentką literacką. No na pewno nie był to awans. W konkurencyjnym magazynie Trierweiler trochę ponarzekała, że to niesprawiedliwie, ale do końca wyborów nic już na to nie poradzi. Za duże ryzyko, jeden zły ruch i może stracić jeszcze więcej niż tylko stanowisko.
Bez względu na to, która z pań wkrótce wprowadzi się do Pałacu Elizejskiego, obu szczerze współczuję. Dają z siebie wszystko, by w przeciwieństwie do mężczyzn, na których konto grają, w zamian dostać najbardziej dekoracyjną rolę w państwie, czyli raczej niewiele.
Trwa ładowanie komentarzy...